JESZCZE  O  ARTYKULE  38     komentarz Elżbiety Królikowskiej-Avis

    Kilka dni temu  CMWP SDP zorganizowało konferencję pod jakże słusznym hasłem „Dziennikarz nie może być sam”. Wnioski były następujące: konieczne jest doprecyzowanie art. 38 Ustawy o prawie prasowym i wprowadzenie do niej zasady obowiązku wsparcia prawnego  dziennikarzy przez  wydawcę w przypadkach gdy dochodzi do procesu sądowego. Chodzi o to, aby dziennikarz nie znalazł się w sytuacji Pawła Lisickiego, Tomasza Wróblewskiego i Cezarego Gmyza – którzy po zwolnieniu z Presspubliki, w sprawach wytoczonych w okresie, kiedy tam pracowali – zostali pozbawieni ochrony prawnej. Będą musieli sami sobie ją zapewnić, a  że te procesy ciągną się latami, grożą wysokimi nawiązkami, są to duże pieniądze.  Takich spraw – libel cases,  procesów o ochronę dóbr, gwałtownie przybywa: od 2003 roku do dziś, jak w swoim raporcie informuje CMWP SDP,  ilość ich wzrosła o 300%!  Stały się często podejmowanym, bo skutecznym sposobem perswadowania dziennikarzom aby przestali zajmować się dziennikarstwem interwencyjnym czy śledczym,  i kneblowania ust mediom niezależnym, z zasady antyrządowym, aby skończyli z wypowiadaniem swoich opinii. Zdaniem panelistów, słaba pozycja dziennikarza w relacji z wydawcą będzie skutkowała dalszym upadkiem dziennikarstwa. Tu chciałabym dodać, że nawet jeśli cokolwiek się w tej relacji dziennikarzy – wydawca polepszy, niewiele się zmieni, dopóki nie nastąpi odtworzenie całej  społecznej i instytucjonalnej tkanki, w której w państwach demokratycznych pracuje dziennikarz: niezawisłość sądów, świadoma swych praw opinia publiczna, a przede wszystkim pakiet wartości, na który umawiają się rządzący i rządzeni, gdzie na wysokich miejscach  plasuje się prawda, odpowiedzialność i poczucie przyzwoitości. Wsparcie ze strony wydawcy nie wydaje się żądaniem zbyt wygórowanym – w demokracjach dziennikarz może liczyć nie tylko na pomoc prawną, ale często istnieje specjalny fundusz „libel insurance”, „ubezpieczenie na wypadek procesu o zniesławienie”, z którego wydawca pokrywa koszty sprawy.

   W istocie dziś w Wielkiej Brytanii jedynym przepisem prawnym, ograniczającym wolność słowa jest ustawa „Anty-terrorism Act. 2000”, która karze za „utrzymywanie w tajemnicy planowanego zamachu terrorystycznego”, oraz druga z 2006 roku, za „publiczna akceptacje i gloryfikowanie terroryzmu”. Ponieważ Wielka Brytanii  nie ma spisanej konstytucji, wolność wypowiedzi dziennikarskiej zależy od ustaw – precedensów, uchwalanych jako skutek bieżących wydarzeń oraz ich interpretacji przez sędziów i ławników, a ci stoją na straży wolności słowa i praw obywatela, a nie władzy. Na Wyspach jest generalnie mniej prawnych ograniczeń, wiążących ręce, czy raczej zamykających usta dziennikarzy. Np. w przypadku ujawnienia tajnej informacji w interesie społecznym, dziennikarze są chronieni przez Contempt Act z 1981 roku. Toteż kiedy rząd chce ukarać kogoś za przeciek informacji tajnej, zwykle próbuje to robić  według Official Secrets  Act, czyli karać urzędnika MSZ czy MI5, który przekazał tę informację, a nie dziennikarza, który informację ujawnił. Właśnie by nie wywołać wrażenia gwałcenie wolności słowa. Jednak od lat nie słyszało się o podobnym przypadku. Ostatnim przykładem była urzędniczka MSZ Sarah Tisdall, która w 1984 roku zrobiła fotokopie materiałów informujących o sprowadzaniu do Wielkiej Brytanii amerykańskich pocisków typu Cruise, o co zabiegała premier Thatcher, a czemu przeciwstawiała się liberalna część społeczeństwa. Tisdall anonimowo przekazała informacje lewicowemu Guardianowi, wybuchła wielka afera, niewygodna dla pani premier. Naczelny Guardiana został John Preston został wezwany do oddania fotokopii do MSZ, to umożliwiło władzom dotarcie do źródła przecieku, i Sarah Tisdall poszła na 3 miesiące do więzienia. Ale był to skandal, związany z bezpieczeństwem narodowym, do ciupy poszedł nie dziennikarz, ale urzędnik, no i działo się to 30 lat temu! Teraz także, przy okazji ujawnienia w Guardianie informacji  dostarczonych przez Edwarda Snowdena, David Cameron grozi procesem dziennikowi, który ujawnił „damaging details”  pracy brytyjskich służb specjalnych, co mogło uderzyć w bezpieczeństwo narodowe państwa. Ale nie sądzę, żeby do tego doszło.

    W Wielkiej Brytanii, a mam prawo przypuszczać, że i w innych starych demokracjach, nie ma art. 212 KK, czyli  „występku, który polega na zniesławieniu, pomówieniu osoby, grup osób, instytucji”. Tzw. libel case można tutaj wytoczyć jedynie z oskarżenia prywatnego, i zwykle czynią to politycy, twierdząc, że dziennikarz czy gazeta naruszyła ich dobra osobiste. Jak bardzo przydaje się wtedy ta cała siatka instytucjonalno – społeczna, w której funkcjonuje dziennikarz, niezawisłe sądy, integracja wszystkich mediów, jeśli przychodzi do wartości oraz świadoma tego, co się dookoła dzieje, opinia publiczna, niech zaświadczą następujące przypadki kilku libel cases.  I w Wielkiej Brytanii trwa wieczne polowanie mediów liberalnych na konserwatystów, a konserwatywnych – na polityków lewicowych. Tu upolowani zostali akurat konserwatyści – choć przypadek Tony Blaira i  doradcy rządowego dr Davida Kelly został nagłośniony bodaj przez Daily Telegrapha. A więc w latach 90. w Guardianie ukazał się artykuł z informacją, że minister Neil Hamilton  przyjął pieniądze od biznesmena Mohameda Al-Fayeda za zadanie w Izbie Gmin pytania / cash-for-question/, korzystał także za darmo z jego gościny w paryskim Ritzu. Hamilton  oskarżył Guardiana   z paragrafu o ochronę dóbr osobistych, doszło do ugody, ale rozpoczęło się śledztwo parlamentarne komisji ds. etyki, które wyciągnęło jeszcze więcej brudów. Jeszcze jeden  libel case  Hamiltona, tym razem  przeciw Al – Fayedowi,  przegrana, proces karny, który zakończył się kara więzienia dla byłego już ministra.  Podobne procesy  cywilne o ochronę dóbr osobistych wytoczyli mediom inni  wysokiej rangi politycy,  Jonathan Aitken, „pomazany” przez Margaret Thatcher na jej następcę, oraz światowej sławy  pisarz oraz poseł z ramienia konserwatystów, Jeffrey Archer.  Obaj zostali „upolowani” przez  Guardiana, obaj wytoczyli mu procesy, obaj przegrali, potem proces karny, skazanie, więzienie. Sprawdzili się sędziowie, sprawdziła się opinia publiczna, no i ówczesne władze, które nie śmiały wtrącać się do procesów. Tak działa system, zgrzeszyłeś,  nie ma zmiłuj! A teraz wyobraźmy sobie w podobnej sytuacji ministra Grasia, Rostowskiego,  Nowaka, etc. To przewlekanie sprawy, mącenie, mataczenie i…. ostatecznie oczyszczenie ministra z zarzutów, albo przedawnienie sprawy. U nas niesprawny jest cały system,  istna stajnia Augiasza, i ciężka praca dla dziennikarzy na kilka pokoleń.

    Na koniec powróćmy do artykułu 38, który mówi m.in. o odpowiedzialności dziennikarzy i wydawców za publikowane materiały prasowe. Jak już wspomniałam, bardzo niepokoi pozostawienie byłych pracowników Presspubliki, Pawła Lisickiego, Tomasza Wróblewskiego i Cezarego Gmyza bez ochrony prawnej – samotność dziennikarza niezależnego wobec wielkiej machiny polityczno – prawnej jest w Polsce złą, ale niestety obowiązującą  zasadą. W art. 38 Ustawy o prawie prasowym znajdują się wprawdzie odpowiednie zapisy o wsparciu dziennikarza przez wydawcę /”odpowiedzialność cywilną za naruszenie prawa spowodowaną opublikowaniem materiału prasowego ponoszą autor, redaktor lub inne osoby, które spowodowały opublikowanie tego materiału; nie wyłącza to odpowiedzialności wydawcy”/, ale jeśli nie wyłącza, to nie musi włączać,  i w praktyce autor często pozostaje sam.  Więc po pierwsze, art. 38 należy uściślić, a po drugie spowodować, aby przekładał się na życie. W Wielkiej Brytanii odpowiednik naszego art. 38 na życie się przekłada, z przyczyn jak wyżej. Wydawca w  libel case zwykle stoi za dziennikarzem murem, odpowiada nie tylko „głową”, ale i finansowo. Istnieje nawet ubezpieczenie na wypadek spraw sadowych o zniesławienie, tzw. ”libel case insurance”. Weżmy przypadek pierwszy lepszy z brzegu: kiedy w News of the World wybuchła afera hakerska, prezes News Int, na Europę  James Murdoch natychmiast wsparł swoich ludzi. I dopiero kiedy okazało się,  że chodzi o zarzuty kryminalne,  NotW zostały zamknięte, a 200 dziennikarzy pozostało bez pracy. Rupert Murdoch pojawił się w Westminsterze przed komisją parlamentarną, i dopiero wtedy, znając już zarzuty kryminalne,  odstąpił od zasady wspierania swoich pracowników. Albo w 1992 roku, zaraz po publikacji  książki Andrew Mortona „Diana: prawdziwa historia”, która zatrzęsła posadami brytyjskiej monarchii. Lecz najpierw była  serializowana w Timesie, i choć przeciw jego naczelnemu Andrew Neilowi i właścicielowi, Rupertowi Murdochowi, sprzysięgły się wtedy siły Downing Street, Rodzina Windsorów i część Fleet Street czyli prasy, i naczelny i właściciel Timesa wspierali Mortona aż do zwycięstwa.  Być może to kontekst od Polski dość odległy, ale zasada działania  relacji wydawca – dziennikarz ta sama: naczelny/ wydawca/ właściciel wspiera autora tekstu do końca. Przykład prezesa Gremi Media Grzegorza Hajdarowicza wycofania ochrony prawnej po tym, kiedy nasi koledzy zostali zwolnieni z Presspubliki, stoi w niezgodzie z normami państwa demokratycznego, z prawami  zwyczajowymi jakie obserwuje się  w mediach na Zachodzie, jest zły, niszczący dziennikarstwo niezależne czyli to, które stanowi istotę, pride and glory  całego naszego zawodu.   

Elżbieta Królikowska – Avis. 9 grudnia 2013.